Nieskończona opowieść z Jackiem Dukajem - część druga

Kto? I po co? I jakie są ich Plany?

I co zrobi Lew Czerniakowa — z Mundziem, Markiem, Warszawą i światem?

Z tym wyzwaniem zostawiam Państwa do 27 grudnia.

Wesołych Świąt!

Najpierw wzięliśmy Manhattan, potem wzięliśmy Berlin. Pierwszego dnia w Warszawie powywlekaliśmy ich wszystkich z gabinetów i limuzyn, i powywieszali na latarniach i billboardach. Miałem siedemnaście lat, gdy zjadłem serce bankiera. Spaliliśmy giełdę, Sejm i telewizje. Nosiłem głowę lwa i śniłem sny szczenięcia; nasze noce były karnawałowe, dni — partyzanckie. Miałem siedemnaście lat i pożerałem świat.

Marek był inny. Potrafił całymi dniami nie opuszczać swojego pokoju, a jeśli wychodził, to tylko nocami, gdy miasto już spało. W ciemnościach wybierał ze śmietników jedzenie, którym gardzili nawet bezdomni, i wracał do siebie, by dalej pisać.

Myślę, że nie wiedział w ogóle o końcu starego świata, zajęty tworzeniem Systemu. Szczegóły zapisywał na tym, co wpadło mu do ręki: starych gazetach, kartonach, opakowaniach płatków śniadaniowych. Nawet ściany pokrył kabalistycznymi zapisami.

Żył sam i sam sobie wystarczał, więc zapomnieli o nim wszyscy. Zostałem tylko ja.

Odwiedzam go w porze pożogi, gdy łuny pożarów odbijają się od lustrzanych ścian wieżowców jak światło latarni morskich przeszukujących ciemne odmęty miasta.

Marek siedzi na pochyłym parapecie w oknie swojej klitki i wyjada z puszki zimny gulasz. Czwarty dzień nie ma gazu. Jednostką obiegową stał się kanister benzyny.

Muszę wpierw obmyć się z krwi kardynała, wyczesać z włosów opłatki spalenizny. Polowaliśmy dzisiaj na Starym Mieście. Pod kolumną Zygmunta podpaliliśmy wielki stos gotówki, obligacji i teczek z dokumentami wygarniętymi z banków i urzędów. Wiecheć krawatów urzędniczych zawiązanych na szabli Zygmunta zajął się potem tym ogniem i jutiubowałem naszego Króla Płonących Krawatów na cały świat. Urzędniczyny pizdrzyny wytarzaliśmy w ich wydrukach i tuszach atramentowych i puścili na czworakach trasą W-Z.

Przechwalam się teraz przed Markiem ujęciami heroicznymi: my z bejsbolami, maczetami, łańcuchami, pistoletami, karabinami, smartfonami, a oni — na kolanach, bladymi dupami do nieba, pyskami urzędowymi w asfalt. Ha! A wczoraj byli króle, wczoraj byli pany nad nami chamami — pieczątka, podpis, decyzja, widzimisię biurwy świętej jak wyrok boski — a dzisiaj, o, mój but na plecach pana dyrektora, i niech pani referent pocałuje mnie w skarpetę! Ale Marek się nie śmieje.

Częstuje mnie obrzydliwie ciepłą colą, na co ja, proszę, wyjmuję z plecaka trzydziestoletnią whisky w butelce jak lampa Aladyna. Wszyscy wtedy paliliśmy najdroższe zioła i pili karkołomne miksy ekskluzywnych alkoholi ze zdobytych sklepów, pubów i hoteli pięciogwiazdkowych.

— Za nas i kiszki nasze!

Marek chodził zawsze w tym samym workowatym swetrze przetartym prawie na sito; rękaw obwisły zjeżdża mu niżej łokcia, gdy odpowiada mi lustrzanym toastem. Widzę wówczas, że jakąś brutalną chemią fioletu wytatuował sobie na przedramionach nowe mapy przeznaczenia. Coś jakby układ scalony przemnożony przez benedyktyńskie rękopisy i ikony komputerowe.

— Tutaj — pokazuje mi kolczastą mandalę nad lewym nadgarstkiem — umrę albo stracę oko.

I wierzy w to szczerze.

Kiedyś na fizyce, zamiast rozwiązać równanie ruchu mas, wyrysował na tablicy drzewo sefirot. Twierdził potem, że Fizyk jest masonem siedemnastego wtajemniczenia i buduje pod salą gimnastyczną lożę Wielkiego Wschodu.

System obejmuje wszystko, inaczej nie byłby Systemem.

— Oj, Mareczku, Mareczku, wyciągnę cię jutro na hipsterror, to cię postawi na nogi, potopimy ich w Starbuckach i napompujemy sosami sushi, aż pękną. — Objąwszy go serdecznym półnelsonem, podsuwam mu pod nos smartfon odgrywający akcje nasze dzisiejsze, jedną bardziej hollywoodzką od drugiej. — Patrz, jak się buc zasikał ze strachu!

Złapaliśmy go na Woronicza, my z technikum i trójka z pakerni osiedlowej. Tylko zobaczył ich bicepsy i karki dębowe, i w tył zwrot. A gęba u niego napasiona, czerwona, garniak za pięć pensji mojej mamy, zegarek za pół naszego mieszkania, portfel jak Big Mac i błękitna UE w klapie, no buc, buc jak się patrzy, i jeszcze próbuje się wykręcić, ale nawet po ludzku nie potrafi zagadać, choćby życie mu od tego zależało — a zależy — a on nie potrafi, może tylko wyszczekiwać te ich przemądrzalstwa telewizyjne: - Tolerancja Francja srancja edukacja formacja młodzieży konsekwencje pitolencje transpozycja prawo sąd Bóg policja policja! — i podobne bełkoty Onych. Tośmy go nasadzili na znak stopu, oblali benzyną i obrzucali zapalonymi banknotami, aż zleciał na kość ogonową.

— Dobre, nie? A trząsł się cały jak kisiel zimny!

Marek nawet nie patrzy mi w telefon — nagle bowiem przypomniał sobie o czymś i dopisuje na ścianie obok ciąg dalszy komiksowego algorytmu apokalipsy czy innego grafu swej runicznej kosmologii.

Zawijam zielsko luksusowe, zapalam nam dżointy. Zanim go przyjmie, przypatruje się długo papierowemu robakowi, jakby pierwszy raz w życiu widział skręta.

— Wiesz, dlaczego was nie zmietli z ulic? — pyta, odkaszlnąwszy po pierwszym zaciągu.

— Kto?

— Oni.

— Bo jest nas za dużo! — skanduję na wydechu. — Jesteśmy wszędzie. Jesteśmy wszyscy. A Oni — kto są Oni? Kompania buców! Pięć zatrzaśniętych dzielnic, a nawet ich sprzątaczki marzą zajebać ich przy pierwszej okazji. Teraz, teraz mają okazję!

— Putin posłałby wojsko.

— Wojsko nie wyjdzie na nas, my jesteśmy wojsko!

Tańczę dokoła niewidzialnego ogniska. My, my, my jesteśmy wojsko, my jesteśmy ulica, my jesteśmy dzielnica, my, my, my jesteśmy Polska, my jesteśmy siostra brat, my jesteśmy świat!

— Otóż nie zmietli was, bo populacja pszczół w Ameryce zmniejszyła się w ostatnim roku o kolejne czterdzieści procent.

Wszystko łączyło mu się ze wszystkim.

I zaraz wzniósłszy nad głowę skręta niczym czarodziejską różdżkę, przemawia jakby rzucał zaklęcie:

— Gdy gospodarka weszła w nowy cykl plam słonecznych, suma nastolatków płci męskiej na całej Ziemi przebiła sumę wszystkich mężczyzn i kobiet powyżej czterdziestki, produkt globalny brutto spadł o dziesięć procent, a licznik odsłonięć turnieju pierdzących wieśniaków na jutiubie przeskoczył sto siedemdziesiąt sześć milionów — wiedziałem, że Wall Street padnie w ciągu trzech dni.

Może więc nie był tak odcięty od realu, jak mi się zdawało.

— Powiedz mi lepiej, gdzie jutro będą najmocniejsze akcje, wywróż mi imprezę na noc!

— Nie nie rozumiesz, ja nie -

Przerywa nam muzyczka z telefonu — to Miśka z maturalnej jutiubuje wyścigi szczurów na nocnej Marszałkowskiej. Moda przyszła z Mexico City i Johannesburga; na początku w Nowym Jorku po prostu ich tłukli jak karaluchy, ale potem zaczął się globalny pojedynek na kreatywność i liczbę lajków. Chłopcy z Pragi, robole słoiki, brać kibolska, anarchiści konopiarze i szturmowcy moherowi zmówiwszy się razem wyciągnęli w końcu z oblężonych stalowych wież korpo ulizanych kapitalistów kosmopolitów, tych z najwyższych pięter, nie wyrobników biednych harujących za grosze pod ich szyldami, ale samych gabineciarzy międzynarodowych, wyciągnęli ich i werżnęli im w tyłki ich czarne, złote, platynowe karty kredytowe, a w gardła wbili kluczyki ich lancii i audic, raz, dwa, trzy, salwa startowa z pistoletów — i gnają ich środkiem asfaltu od Królewskiej do Ronda Dmowskiego, a kto ostatni na okrążeniu, temu smycz na szyję i zwis na trakcji tramwajowej. Nie ma litości dla skurwysynów! Trzysta siedemdziesiąt tysięcy widzów i rośnie.

Google zatrzasnęło jutiuba już po Nowym Jorku, ale nic to, jutiubujemy się na cały świat przez inne serwisy, arabskie, azjatyckie, latynoskie.

— Chodź z nami! Bo prześpisz tu karnawał swojego życia. — Nalewam whisky do plastikowego kubka i wychylam go do dna. — Khr! Cały Ursynów idzie jutro na Zatokę Świń! Nasadzimy świnie na rożna i upieczemy na złoto!

Wciąż płynę na haju rewolucji i nie wyobrażam sobie, żeby Marek mógł nie podzielać mojego uniesienia. Na tablecie — a powybieraliśmy sobie z łupów najnowsze tablety i telefony — pokazuję mu bucospady. W snopach reflektorów reklamowych wycelowanych na elewacje Pałacu Kultury widać lecące w dół kukiełki ludzkie. Wczorajszy bucospad z Mostu Siekierkowskiego nie był tak efektowny. Dzisiaj na północą stronę Placu Defilad fruną ministrowie, generałowie i posłowie (jutiub z góry i z dołu), na wschód kopa w tyłek dostają celebryci, aktorzęta, glamourzęta, a na południu spadają na bruk dziennikarze, autorytety primetime’owe, intelektualiści kurwy, wszyscy TVNowcy, Agorowcy i Polsatowcy (jutiub z pionowego lotu na pysk). Zachód zaś, zachód jest dla milionerów.

Ale oczy Marka błądzą po innych horyzontach, po gąszczach cytatów i wykresów pokrywających wyblakłe tapety, po suficie spękanym, na którym też coś nabazgrolił — zadzieram głowę, kręci mi się w głowie — nabazgrolił orła w koronie zwiniętego ouroborosowo i zjadającego własny ogon białopierzasty.

— I ile to wszystko potrwa, jak ci się zdaje? — Błądząc wzrokiem, sam błądzi Marek po pokoju, umazane tuszem i gulaszem palce suną po ścianach, papierach, śmieciach, cegłach, deskach. — Dzień jeszcze? Tydzień? Miesiąc? — Dotarłszy do ciemnej kuchni, wyrywa wbity w odrzwia stary nóż do owoców. — Skończą się zapasy, pogoda się zepsuje, padnie net — nastanie nowy świat. Ale jaki świat?

Przez moment bałem się, co też on zamierza tym nożem — czy aby nie wyrżnie sobie teraz jakiegoś biblijnego kabalizmu tępym ostrzem na czole. (Wywalili go ze szkoły, gdy na plakacie antykoncepcji w głównym holu namazał swoją krwią adresy wszystkich dziwek wicedyrektora).

Ale on jest już z powrotem przy oknie i stawia tu nóż na sztorc na parapecie, spoglądając mi przy tym prosto w oczy niczym rewolwerowiec ze spaghetti westernu. Aż się cofam o krok, aż prawie trzeźwieję.

Nóż się przewraca. Marek z powrotem stawia go na szpicu. Nóż się przewraca w przeciwną stronę. Stawia go po raz trzeci; nóż wypada za okno.

— To jest właśnie ten moment! — chrypie, po czym dolewa sobie whisky. — Teraz jest ten punkt, gdy System może się przeważyć w dowolnym kierunku, punkt krytycznej nierównowagi, otwartych możliwości: jutro może przynieść WSZYSTKO.

— Wiem! — śmieję się, aż mi przepona łopocze. — Wiem! Możemy wszystko! Wszystko wolno! Robimy, co chcemy!

— Wytrąciliście świat z równowagi, to wam się udało. A teraz, teraz cała rzecz w tym, w którą stronę on upadnie.

I wbija się w kąt, między wysokie piramidy starych książek i rulony jakichś map czy plakatów (goła dupa z Playboya sąsiaduje z planem taktycznym Helmowego Jaru), i wyciąga stamtąd swoje zapiski drogocenne, mianowicie gazetowe płachty Parkietu i International Herald Tribune sprzed dwóch, trzech lat, na których to węglowym rysikiem wykaligrafował panoramiczne algorytmy na dobre dwadzieścia metrów kwadratowych. Przykrywa tymi płachtami całą podłogę — pokój, kuchnia mikroskopijna, jeszcze mniejszy przedpokój, nawet w łazience wzdłuż wanny przerdzewiałej położył żółte dzienniki — i depcze po nich gołymi stopami, i prowadzi mnie po nich za rękę, wskazując niedopałkiem węzły mistyczne, rozgałęzienia przeznaczeń, bifurkacje tarotowych ciągów i katarakty gugla-trendów. Pewien absolutnie, że ja rozumiem, co on tu naprorokował hurtowo Polsce i światu.

Jest już dobrze po połowie nocy, po butelce whisky, dwóch winach i czterech skrętach, kiedy Marek, stojąc pośródku spirali splecionej z wyciętych z gazet tłustych nagłówków, objęty zza pleców koroną blasku pożarów bijącego z wysokościowców, z rękoma, całymi w tych dziarach druida, wzniesionymi wysoko nad skołtunioną fryzurę, do rytmu dalekich strzelanin i wybuchów (ambasady Ruskich i Jankesów nadal się bronią) wygłasza swoje kalkulacje-kryptomancje:

— Gdy Wiedźmin zajmie Belweder, a Wernyhora wypatroszy Schwarzeneggera, ty, po pierwsze, zastanowisz się. Czy ciebie w ogóle obchodzi, co się stanie po rewolucji? Jak już zgasną pożary i zabraknie wrogów? Zaspokoicie swoją żądzę mordu na urzędasach, i co potem? Kogo będziecie mordować? Z kogo zrobicie kozły ofiarne? No nie wierzę, kurwa, nie wierzę, że wszystkim tak odbiło.

— Tobie widać nie.

Tylko macha w odpowiedzi.

— Zastanów się. Obchodzi cię to w ogóle?

Teraz, z perspektywy czasu wiem, że żaden z nas nie miał racji. Siedzimy okrakiem na kolejnych falach sinusoidy. Rewolucja, budowanie nowego ładu, procesy gnilne, niezadowolenie, rewolucja. Nowe Systemy. Anarchia. Wszystko nierozerwalnie z sobą związane.

Milczę. Nie muszę odpowiadać. Robi mi się jednak wstyd. Za mało, żeby odpowiedzieć „tak”, ale wystarczająco, żeby przestać namawiać Marka na nasze zabawy. Więc milczę.

On uznaje to za potwierdzenie.

– Wiem, że są jeszcze inni tacy jak ja. Mam Plany. Utopia tylko dlatego jest Utopią, że wyewoluowała z Systemu. Który wy właśnie rozwalacie. A są inni tacy jak ja. Wiem, że się ze mną zgadzasz.

— Bo jestem pijany – parskam. Ale już jakoś niepewnie.

Marek śmieje się — nieprzyjemnie, chrapliwie.

— Chwiejesz się. Jak ten cholerny nóż, jak ten cholerny świat, który rozwalacie do rytmu radosnych marszy zwycięstwa. Taki macie teraz soundtrack, jasne. Ale zaraz się włączy requiem.

— Prześpij się, stary.

Posyła mi spojrzenie skopanego psa. Nagle zrywa się do biegu, pędzi do drzwi. Rad nierad, ruszam za nim. Nie zostawię go przecież, zaćpanego psychola.

Biegnie po schodach, wypada w pomarańczową noc.

— Marek, pogrzmociło cię? Jak im zaczniesz wykładać te swoje koncepty, zatłuką cię bez wahania.

I dopiero słyszę, co właściwie powiedziałem.

– Chodź, stary. Wrócimy do mieszkania. Powiesz mi, co robić. Pokażesz swoje plany.

Uśmiechnięty tryumfalnie Marek chowa się w budynku. Odwracam się plecami do rozgorączkowanego tłumu i podążam za Szalonym Kapelusznikiem.

I znowu siedzę na kanapie, sączę starszą niż ode mnie whisky, która jednak już mi tak nie smakuje, a Marek biega po swoich Planach niczym kogut bez łba.

— Musimy odbudować, co rozwaliliście!

Podrywam głowę, trafił mnie tym prosto w serce.

— I to jest twoje cudowne remedium?!

Kiwa radośnie w odpowiedzi.

— Ty chory jesteś, Marek.

— Nie ma dokąd pójść. Skończyły się czasy stabilizacji i dobrobytu! Teraz jesteśmy mięsem. To już zdołałeś zauważyć. Szlachetne idee wyparowały z tłumu. Co pozostało? Cholerny instynkt stadny. Jeden morduje, reszta idzie za nim, boją się odłączyć. Poczekamy jeszcze jeden dzień. Teraz tej lawiny nie zatrzymamy. Ale przyjdzie punkt krytyczny, i wtedy damy im do myślenia. Moje koncepty, to wszystko — cóż, to ołówek na papierze. Ale spokojnie. Przyjdzie chwila, trzeba będzie ich złapać za pyski. Bo kto to wszystko zaczął?

Wzruszam ramionami. Nie wiem.

— Właśnie! Jakiś bezimienny frustrat! Gdybyście wiedzieli, kto, obwołalibyście go wodzem. Przywódcą. Szefem. A ktoś musi się nim stać, prędzej czy później. – Wbija we mnie wzrok. – Dlaczego nie miałbyś nim być ty?

— Ja? — Ja przywódcą, ja wodzem, już to widzę, pójdzie za mną dwóch kumpli ślepych i pies sąsiada.

— A kim był Wałęsa przed strajkami? Kim był Robespierre przed rewolucją francuską? To nie pioruny robią burzę — to burza robi pioruny. — Prawie stepuje na tych swoich mapach przyszłości, mną mu się pod stopami stare gazety. — Znajdziesz się w odpowiednim miejscu w odpowiedniej chwili, na przecięciu linii napięć, u zbiegu potencjalności — i moc burzy przepłynie przez ciebie jak prąd kablem odkrytym.

I podrywa mnie z kanapy, i przestawia tu i tam po spiętrzonych planszach papierowych niczym figurkę herosa po mapach bitewnego RPGa.

— Tu, tu i wtedy! Gdy Wiedźmin zajmie Belweder, a Wernyhora wypatroszy Schwarzeneggera, ty będziesz gotów, staniesz przeciwko fali i zawrócisz falę, ty przywrócisz układ współrzędnych, dół i górę, wschód i zachód, początek i koniec. Zbierzesz symbole starego porządku, bo kto rządzi symbolami, ten rządzi snami i marzeniami. Odtworzysz ruch wzajemnej pomocy, bo tak się gromadzi kapitał ludzki. Postawisz z powrotem padniętą sieć, tak zyskasz ich dozgonną wdzięczność. Patrz! Tu masz ścieżki strategii, krok po kroku. W pierwszym tygodniu… Zapamiętasz? Musisz zapamiętać!

— Taa, jasne, zapamiętam.

 
¨

 

Oczywiście zapomniałem o wszystkim i wszystko wyparłem, aż minęło kilka kolejnych nocy karnawału (wzięliśmy Istambuł, wzięliśmy Syndey), i jest ranek kacowy dnia ósmego i idziemy sobie brzegiem Wisły i strzelamy do napuchniętych zwłok kołyszących się na falach, a tu Barakuda powiada:

— Elfy siadły na Ujazdowie.

— Co?

I pokazuje nam na telefonie, live from Belweder Palace, jak to chłopaki z Antypolityki, wszyscy w cosplayach, miecze, łuki, zbroje, buźki obmalowane, włosy ufarbowane, przepędzają ostatnich wartowników i wywieszają w oknach prezydenta flagi Białego Wilka, a jeden paker białowłos z dwoma mieczami na plecach staje na krawędzi dachu i szcza wysokim łukiem na dziedziniec dostojny.

Tu już mi zadzwonił mały alarm pod czaszką i przypomniały mi się — mętnie bo mętnie — popaprane proroctwa Marka z owego wieczora.

Ale nic. Ale gęba zatrzask i trawię to w cichym zgryzie. Może przypadek. Może minie.

Tylko że nazajutrz znowu takie cudo: biegniemy za niedobitkami z NBP-u przez plac Powstańców Warszawy i nad ostatnią z gigantycznych reklam na Prudentialu, tam, gdzie na początku wieszali maklerów i biskupów, odbywa się teraz istna komedia slapstickowa. Oto skini łysole, zbrojni kijami i łańcuchami, ścigają po górnym gzymsie jakiegoś dziada łachmaniarza, ten się w desperacji rzuca w bok, w przepaść, drąc reklamę i odgrywając scenę tak hollywoodzką, że pół ulicy staje i jutiubuje hecę z poziomu chodnika: jak dziadyga pruje dziesiątki metrów w dół przez środek olbrzymiej reklamy nowego Terminatora, z komputerowo odmłodzonym Schwarzeneggerem półmaszynowym pośrodku, płachta rozrywa się pionowo na dwa, a dziadyga w końcu jakoś ląduje na wysokości pierwszego piętra. Dostaje oklaski i pierwsze miejsce w jutiubach dnia, pod tagiem „Wernyhora” - bo nikt nie wie, kim on jest, a wygląda wypisz-wymaluj jak Wernyhora. Więc się z miejsca przyjmuje.

Oho, myślę sobie, szajba wypływa na wierzch. Trzeba spieprzać, zanim rzeczywiście piorun przejdzie po mnie jak po gołym drucie. Po co kusić licho.

— Słuchaj, a to nie dzisiaj wieczór Zerek wyprawia się do Berlina?

Miśka jest na bieżąco ze wszystkimi imprezami w Europie.

— Pojutrze TechnoAnarchy idzie przez Tiergarten, wpisz mu się na listę.

Nigdy nie byłem fanem parad techno, ale gdzie się lepiej schować przed przeznaczeniem niż w milionowym tłumie?

— Dobra, to ja się wylogowuję na tydzień, stay frosty.

Miśka przybija piątkę i biegnę do domu spakować się na jeden plecak.

Tknęło mnie już pod blokiem — żadnej dzieciarni na parkingu, nikt nie strzela do samochodów i nie tańczy na betonie — ale dopiero na klatce włosy stają mi dęba i chwytam za pistolet; za późno, zostawili człowieka na półpiętrze i ten byczek zrywny wybija mi z dłoni gnata, zanim w ogóle odbezpieczę mojego ślicznego Walthera zdobytego na psach.

— Spierdalaj, pedalczyku, pókim słodki.

— Ale ja mieszkam tutaj!

— Białe Pięści trzepią blok, wrócisz, jak się zadowolimy.

Nie mam pojęcia, kto to są te Białe Pięści, pewnie kolejna samowładna ekipa z dzielni, dwóch pakerów plus tuzin ćpunów, ale nieszczęście moje, że trafiłem właśnie na pakera. Trzyma i nie puści.

Widzę uchylone drzwi mieszkań, worki z łupami na klatce, widzę wycieraczkę i ubrania luzem rzucone przez próg mojego mieszkania, ruch świateł i cieni w środku. Trzepią blok, rany boskie — jak trzepaliśmy buc-osiedla w Modlinie, mało kto uszedł cały.

— Puszczaj, moi tam są!

— Nasi, pedalczyku, nasi, wszystko jest nasze. Nie słyszałeś? Nasz czas! Nasz czas!

Na co walę go z czółka i prę do mieszkania. Rzutem przez próg wymknąwszy się z jego łapsk niedźwiedzich, zatrzaskuję za sobą drzwi.

— Jesteście? Hej, jesteście? Wróciłem!

Mama blada jak duch, skurczona w babuszkę nagle o ćwierć wieku starszą, łapie dech niemo, bo odebrało jej mowę, może tylko patrzeć, jak dwóch żuli z maczetami i łomami wywraca meble, rozbija naczynia, wysypuje zapasy ze spiżarki, tłucze szkło i elektronikę; a trzecia Biała Pięść, bysio prawie kwadratowy, pcha łapska pod sukienkę zapłakanej Juleńki i rapuje jej do ucha litanię gwałtu.

Musiało mnie zaćmić. Rzuciłem się naprzód jak dzik, bysio kwadrat ciepnął mnie czymś przez łeb, no i leżę na podłodze i krwawię soczyście, a oni filmują mnie w kółko, roześmiani, i tyle zyskałem, że Juleńka umknęła do mamy, i tam płacze, skulona razem z nią w kącie.

Zaczynam w bezsilnej wściekłości krzyczeć na Pięści, a ponieważ tak naprawdę nie mam pojęcia, co powiedzieć, najprędzej schodzi mi z języka gadka cudza, piana z wierzchu pamięci, jego, jego słowa:

— Nas i wszystkich pomordujecie, i kogo wtedy będziecie mordować, kogo?! Jak stado, dzikie stado! Jeden gwałci i wszyscy idą za nim! Na swoje rodziny też ich poprowadzisz, co, cwaniaku? Na własną matkę pójdziesz z kijem? Wszystko zniszczysz, bo tak fajnie jest tłuc i palić!

Miałem siedemnaście lat i pożarłem świat; przyszło mi wyrzygać go z powrotem.

— Ooo, taki hiros? No to pokaże, co potrafi!

Bysio stawia mnie kopniakiem do pionu. Z łazienki wyłonił się jeszcze jeden Pięściak, ospowaty chuderlak z niedopiętym rozporkiem i dubeltówką pod pachą. Ledwo zoczył akcję, też wyciąga z kieszeni komórkę i filmuje mnie ze śmiechem, zakrwawionego, obitego.

Nie puszczą mnie. Nie puszczą mamy i Juleńki. Nie mam co nawet prosić, sam bym siebie nie puścił, widzę się przecież ich oczyma, tak patrzyłem na dziesiątki frajerów przed fatalną wizytą u Marka: prawie-buc, prawie-Oni. Odpowiedzialność! Porządek! Rodzina! Da się tylko wyśmiać i wyszydzić. Nie ma żadnej empatii między nami, empatia jest niemożliwa — jak między kibolami i psiarnią pancerną z pałami i tarczami, jak między robolami wąsaczami i hipsterstwem III RP, między dziećmi i dorosłymi. Nie ma mostów, nie ma języków, uczuć.

— No, pokaże!

I bysiu teatralnie podwija rękawy i napina muskuły. Biała Pięść zaciska pięści.

Choćbym go pokonał, nic to przecież nie da — następny Pięściak wyjmie gnata i strzeli mi w czółko. Nie ujdę z życiem, nie.

Krew zalewa oczy. Obracam się w ciasnym kręgu Białych Pięści, zwierzę zagonione w pułapkę, lew otoczony przez szakale. A każdy szakal ma w łapie telefon albo tablet i filmuje mnie na zbliżeniu high definition. I jaka mozaika kolorów na tych ekranach: białe włosy, czerwone plamy, żółty T-shirt. Już od podstawówki, jak bym się nie czesał, zawsze wychodzi fryzura szalonego dyrygenta.

Empatia jest niemożliwa — możliwa jest tylko zabawa jutiubowa.

Otwieram paszczę jakbym miał wyrzygać całą Warszawę i ryczę najdzikszy ryk blokowiska i telewizji. Zrywam z włosów gumkę i rozpuszczam białą grzywę, aż splątane loki opadają mi także na oczy.

Nie stanę do pozy bokserskiej — zanim zdumiony bysio kwadrat dochodzi do siebie, skaczę na niego zaiste jak lew i wgryzam się mu w ucho, policzek, krtań.

— Przechuj.

— Bierzesz go, Tyson!

— Uuu, jaki zwierzak…!

— Gryź! Gryź! Gryź! Gryź!

Im głośniej skandują, tym bliżej jestem zwycięstwa. Otaczają mnie uniesione ręce z telefonami i tabletami, a ja gryzę i warczę i odstawiam pełny teatr reality gore, a oni nagrywają i strumieniują go na żywo, bo wiedzą, że świat patrzy, żyją w świecie, który zawsze patrzy.

Wstaję, rozmazując krew bysia po twarzy i T-shircie. Potrząsam białą grzywą i ryczę przeciągle prosto w ich obiektywy.

— He, he, zajebisty koleś.

Zajebistych kolesiów się nie wiesza.

Nic mi nie zrobią, straciliby sto tysięcy lajków. Spokojnie wyjmuję dubeltówkę z rąk chuderlaka. Teraz wyjdą z mieszkania, chichocząc i żartując, błyskawicznie zapomniawszy o kumplu kwadracie, lecz nadal mnie filmując, zoom out, filmując mnie stojącego w progu kuchni ze strzelbą wymierzoną w obiektyw, pod lwią grzywą i z orkową pieczęcią krwi na wykrzywionej twarzy. Share it!

Na blogu WarsawRiot do wieczora nabiło 700K widzów, i dalej poszło wiralem. LEW CZERNIAKOWA RULEZ. (I tylko mama i Juleńka patrzą odtąd na mnie tak dziwnie).

A sklejony z rzeźnią jajcarską wiralował mój krzyk na tekście Marka. Wszystko zniszczysz, bo tak fajnie jest tłuc i palić! I kiedy inni zaczęli powtarzać te same oczywistości, mieli już na nie słowa i mieli mema zaraźliwego — był to Ryk Lwa.

Burza robi pioruny.

 
¨

 

Tydzień później siedzimy przy resztkach nieświeżego sushi w Złotych Tarasach, ja, Gargamel, Kurzman z Pragi, Blekota i Staruch, każdy z połową dzielnicy kłopotów na głowie, i gadka jest taka:

— Nie ma prądu.

— Nie ma ciepłej wody.

— Nie ma, kurwa, śmieciarzy.

Staruch się śmieje. Na co Kurzman podsuwa mu pod nos miskę zaśmierdłej ryby.

— Masz, powąchaj sobie miasto bez śmieciarzy. Ty będziesz sprzątał?

Bekam przeciągle po japońskim piwie, po czym stwierdzam:

— Dorośli sprzątają.

— Coś powiedział?

— Kto po nas posprząta? No chyba dorośli, skoro nie my.

Zapada kwaśne milczenie. Wcale nie jestem przy tym stole najmłodszy, Blekota nie skończył w poprawczaku nawet podstawówki.

Przez falistą szklaną ścianę Tarasów widzimy szarą smugę pożarów za Rondem Dmowskiego.

Gargamel sprawdza na tablecie, ale znajduje jeszcze inny ogień filmowany na żywo z trzech stron.

— Dzieciarnia podpaliła Łazienki. Pytanie: gasić? Kto? Jak?

Kurzman wskazuje pałeczkami pstrokatych wystrojeńców, którzy obsiedli tarasy, nieruchome schody ruchome, stoliki i wybebeszone wnętrzności butików, wszyscy wystrojeni właśnie w najdroższe ciuchy i błyskotki ze splądrowanej galerii.

— Trzeci dzień nie będzie prądu, nie będą mogli grać na konsolach i doładować swoich smartfonów — zaraz przyjdą i zjedzą nas na surowo.

— Wcześniej, wcześniej: jak padną nadajniki i stracą zasięg.

— Wiesz, o co wczoraj pyta mnie ten mały ludożerca z bidula na Bielanach? „Kto robi psy?” Bo chciałby sobie odstrzelić gliniarza mundurowego — ale już nie ma gliniarzy mundurowych, nie ma kogo odstrzeliwać. — I dla zaznaczenia metafizycznej wagi pytania Kurzman wznosi w górę paluch z sygnetem jak złota śliwka. — Kto robi psy, panowie? Kto robi psy?

— Ba!

— Kto robi śmieciarzy — dodaję półgębkiem.

— Ubierzemy buców na pomarańczowo i puścimy z miotłami i łopatami na miasto.

— I kto ich będzie pilnował?

— Ale gdzie znajdziesz jeszcze tylu buców żywych?

— Ten jest buc — mlaska Blekota — kogo ja powiem, że buc.

— A buców trzeba tłuc.

— Tłuc buców, tłuc! — Walimy do rytmu szklankami w stół. — Tłuc, tłuc! Tłuc, tłuc!

I oddech, pauza.

Jemy.

Bekamy.

Po dłuższej chwili:

— Słyszeliście, kto się organizuje na zajęcie Paryża? — Gargamel puszcza wokół stolika francuskiego jutiuba. — Szarańcza Islamu.

— Musimy się dogadać z ekipą szpitala na Banacha — podejmuje Kurzman. — Mam już dwudziestu do połatania, będzie gorzej. Blokowiska struły się jakimiś gównami rozgrabionymi z magazynów Tesco. Jest plotka, że wszystkie te jebane hipersupermegamarkety specjalnie pozatruwały swoje zapasy, bo zanim ich chuje dyrektorskie Niemce, Francuzy i Jankesy pouciekały z Polski, takie rozkazy dały: truć Polaków — i to są już tysiące luda z kiszkami skręconymi w supły. A spróbuj znaleźć teraz w mieście jakiego doktora! Zapadli się pod ziemię.

— Doktorów wieszaliśmy na stetoskopach i lewatywowali benzyną — przypominam rzeczowo. — Za łapówki, kolejki oraz całokształt bucówy.

— Nie musieli niczego specjalnie zatruwać — burczy Blekota, wydłubując sobie z mozołem skorupkę krewetki zmiędzy dziąsła i zęba. — Lidle i Biedronki truły nas w imię zasad.

— Skręciło im kiszki z przejedzenia, jak się nagle dorwali do miliona puszek z kawiorem — stwierdza Staruch, dopychając sobie paszczę ciepłym ryżem.

— Zatchniesz się — przepowiadam mu serdecznie.

Chciał mi odpowiedzieć ze stosowną pogardą, ale ryż go dławi, krztusi się nasz Staruch i wybałusza gały i garbi nad blatem w zapaśniczym napięciu, aż wreszcie parska i eksploduje ryżem z paszczy na wszystkie strony.

Podrywam się, opluty, uchodzę spod ryżorzygu.

Kurzman za mną.

— Wiesz, co my tu robimy? — pyta sarkastycznie, wytrzepując sobie lepkie ziarna z włosów.

— Co?

— Rząd.

Pierwszy odruch: zaprzeczyć. Ale Marek siedzi we mnie na dobre, jego nóż nierównowagi i runografie losu, siedzi głęboko, i nie wyprę się już Markowej pasji w ryku lwa.

— Miesiąc, dwa — pokazuję na Blekotę obwieszonego siedmioma złotymi łańcuchami i w kurtce skórzanej Gucciego — i to my będziemy buce, widzisz to, buce patentowane.

— No ale co zrobisz? Albo zostawiamy wszystko jak jest, chaos bez końca, i za chwilę już nie da się tu żyć, ludzie uciekną gdzieś na wieś, do średniowiecza, kur, świń i kapusty, albo się jakoś zorganizujemy, ktoś utrzyma elektrownie, ktoś dopilnuje oczyszczalni ścieków, ktoś uprzątnie ulice, będzie chronił i zaopatrywał szpitale i domy starców, i tak dalej, i wtedy — co? — wtedy masz organizację, czyli kogoś na górze, kogoś trzymającego to wszystko w garści.

— Nas.

— Nas.

Wymieniamy spojrzenia, w których jest wszystko: rozbawienie, gorycz, rezygnacja, gniew, lęk, satysfakcja, zmęczenie, podniecenie.

— Więc bez różnicy? Jak się nie obrócisz, dupa na tronie?

Wyjmuję tablet i pokazuję mu ujęcie na nasz tu stolik z sushi, z lewa, z prawa, z góry, z dołu, a ilu filmuje nas na privie, nie wiadomo, bo filmują wszyscy: trójkę przy stoliku i te dwie figurki z boku — to ja i Kurzman rozmawiający, ja wyjmujący tablet i pokazujący mu to ujęcie: na którym stoimy i oglądamy siebie, stojących i oglądających.

— To, to jest różnica!

- Że niby co? Każdy na ekranie i władza podglądana jak porno?

— Każdy na ekranie i władza jak porno.

Kurzman się krzywi sceptycznie.

— Ale jak w praktyce? Mieliby głosować lajkami na nasze polityki? To sam wiesz, kto zostanie w lajkokracji prezydentem wszechświata: jełop najdowcipniej bekający do rytmu disco-polo. — I sam odbekuje ironię głęboką. — No powiedz: jak, jak?

Ja tego nie wiem. Ale wiem, kto wie.

I tym razem nawiedzam Marka nie czekając pory wieczornej, w ciepłym słońcu popołudnia, w trakcie długiej sjesty miasta przejedzonego gwałtem i rozpustą. Zadzwoniłbym, ale Marek oczywiście nie używa telefonu, nie ma komputera. Muszę się pofatygować osobiście.

Wchodzę, drzwi otwarte, wchodzę i od progu wiem: byli tu przede mną. Lokal wyczyszczony do nagich murów, także tynki i tapety zdarte — bo one też stanowiły archiwum wiedzy tajemnej. Nawet nie ma gdzie urządzić schowka sekretnego w tej klitce; zaglądam do kuchenki ciemnej i to już całe mieszkanie. Nie ma Marka i nie ma jego Planów.

W kuchni cuchnie, jak pamiętam, że cuchnęło: pod zlewozmywakiem worki śmieci, a sam zlew — sprawdzam — nadal mokry.

Nadal mokry. Kiedy tu byli? Dzisiaj, no, może w nocy, nie dawniej.

Wyjmuję smartfon i szukam po świeżych nagraniach, sortując geograficznie — kto wrzucał coś dzisiaj z ulicy Marka, z okolic. Zajmuje mi to kwadrans, ale w końcu dostrzegam w tle filmiku pijanego bikera czterech pajaców w za dużych gatniturach, jak wloką tu Marka za włosy i dźwigają wielkie foliowe worki, niechybnie wypchane dorobkiem jego szaleństwa. Giną mi z ujęcia na skrzyżowaniu. Trzeba by zacząć nowego searcha wedle miejsca i czasu.

Dzwonię do Miśki.

— Znasz tych klientów?

— Marna jakość, czekaj, zbliżę stopklatkę. Mhm. To lokalsi?

— Chuj ich wie. Świeżo po splądrowaniu Versace czy innego Zegny, patrz, jak na nich garniaki wiszą.

— Wrzucę na LEO.

Wrzuca. Siedzę na parapecie Marka i palę papierosa. Pod palcami szrama po nożu wszechmożliwości. Miasto ziewa dymami i ciepłą parą gnijących śmietnisk.

LEO urodził się jako fanklub Ryku Lwa, ale prosta społecznościówka dla wymiany opinii momentalnie zmieniła się w sieć oddolnej samopomocy pod hasłem właśnie Ryku Lwa: ktoś wie, jak naprawić pralkę, ktoś inny ma zapas potrzebnego leku, sąsiedzi tworzą straż osiedla, dwa bloki dalej mieszka dentysta, a grupa z sąsiedniej ulicy zbiera konwój na podróż do Krakowa — i tak oto wyłania się coś na kształt samorządu w mieście chaosu. Obecnie największy projekt LEO polega na zebraniu speców od IT i zabezpieczeniu pokrycia miasta przez sieć. Równolegle rośnie w LEO dział identyfikacji: kto zginął, kto zaginął, kto gdzie kiedy widział syna, ojca, wujka, męża. Istnieją fora poświęcone poszczególnym dzielnicom i osiedlom. Wczoraj stanęła wersja wrocławska: LEO-BRESLAU. Ryk Lwa franczyzuje się na Polskę.

Po dwudziestu minutach lwiątka zidentyfikowały drugiego z workowych. Niejaki Dybuk, Jan Alojzy. Z takim nazwiskiem nic dziwnego, że żyje wyłącznie pod ksywą: Majster.

Dzwonię do Majstra.

— Lew tutaj. Zobacz na fotkę — ślę mu jego stopklatkę z Markiem — co to za dzieło?

— Zaraz, o co chodzi?

— Widzę przecież, że fest organizacja. Nie? Przyszliście, zabrali, poszli. Więc pytam grzecznie.

— Wielka mi rzecz, czystka w dziupli zasmarkanej.

— Wy czyja ekipa?

— Mundzia.

— Zaprosisz mnie do Mundzia, Lew pogada z Mundziem.

— Lew pogada.

 
¨

 

Mundzio trzyma Marka na łańcuchu obkręconym wokół jednej z rur akustycznych wyrastających spod ziemi na skwerze przed Centrum Nauki Kopernik. Marek porusza się na czworakach po okrągłym placyku, w granicach wymalowanego na nim graffiti ukazującego błękitne Słońce w kolczastej koronie fraktalowych dżetów. Mundzio wydłubał Markowi lewe oko i pogruchotał kości stóp.

Są jeszcze inni tacy jak ja. Mam Plany. Cóż, oni też mają swoje Plany.

Ale mocno wątpię, czy Mundzio jest jednym z nich. W drodze guglnąłem go po reputacji. Przed rewolucją prowadził największą agencję castingową w Warszawie. Teraz zaś setka mięśniaków z jego stajni, którzy latami bezskutecznie startowali do ról zakapiorów i gliniarzy, może nareszcie odgrywać gangsterkę w realu. Uczyli się efekciarskiego skurwysyństwa od Bogusława Lindy i cierpliwie pompowali muskuły pod Vina Diesela; i oto wybiła ich godzina.

— Co znowu? Podatek od litości?

— Kumpla mi zwinąłeś.

— Trzeba go było sobie na smyczy trzymać, syneczku.

Mundzio siedzi na murku ponad brzegiem Wisły, Majster przysiadł obok, nie odstąpi szefa (albowiem wiadome jest całemu światu, iż LEW GRYZIE). Ponadto oczywiście nagrywa mnie z biodra, w chwycie rewolwerowca.

W SUVie opodal Mundzio ma całą ekipę aktorów-gangsterów, bawią się prawdziwą bronią wielkokalibrową, ciężką i kanciastą, niczym dzieci obdarowane najnowszymi transformerami, i przymierzają we wstecznych lusterkach przeciwsłoneczne okulary.

— Zawsze jest jakiś deal do zrobienia. — Częstuję Mundzia cygarem kubańskim; odmawia. — Dla mnie to sprawa osobista, ale dla ciebie? No powiedz, na co ci on? Będziesz go karmił dżdżownicami i szczuł wróblami?

— Albo spławię pokrakę w Wiśle. Taki mam apetyt dzisiaj. — I kroi sobie pomarańczę, i żuje powoli, opalając klatę i buźkę, Raybany na nosie, dwa zegarki ministerialne na nadgarstku. — Serio, deal to już zrobiłem: chcieli go dostarczonego na czas i miejsce, to dostarczyłem. Z nimi się targuj.

— Z kim? Czym ci zapłacili?

Pieniądze nie mają wartości, akcje, fundusze, obligacje nie mają wartości, nic już nie ma wartości.

— A jak myślisz, mały, czym? Świętym spokojem. Taki Dubaj czy sułtanat Brunei nadal stoją, nie będę się przecież męczył na stare lata w tym bagnie zawiści i frustracji. — Wskazuje ostatnią ćwiartką pomarańczy bajkowo słoneczny pejzaż Warszawy. — Mam tak samo jak ty miasto moje, a w nim: żadnych Polaków i żadnych podatków. — Śmieje się mi się w twarz z fałszywą sympatią. — No, no, nie udawaj! Jaka różnica? Przedtem było dokładnie tak samo: połowa tylko kombinowała, jak spierdolić stąd do normalnego świata, a druga połowa zazdrościła tamtym, że w ogóle mogą spierdalać.

Spoglądam na Marka. Wyskrobuje coś kamykiem na rurze, półślepy, ale nadal obsesyjnie skupiony na swoich niewidzialnych prawdach i świętych tajemnicach.

— Zabiorą go? Kiedy?

Mundzio zerka na jeden zegarek, następnie konsultuje godzinę z drugim, po czym wraca do pierwszego, coby się jeszcze nacieszyć rolexowym sekundnikiem.

— Za dwie godziny i szesnaście minut.

— Kto?

 

 

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Nieskończona opowieść:

Nieskończona Opowieść z Michałem Witkowskim cz. II - HTC Desire 816 do wygrania! Nieskończona Opowieść z Michałem Witkowskim - wyniki II etapu Nieskończona Opowieść z Michałem Witkowskim - część I i kolejny etap! Nieskończona Opowieść z Michałem Witkowskim - rozwiązanie pierwszego etapu Nieskończona Opowieść z Michałem Witkowskim – ZACZYNAMY Na styku literatury i technologii: od Gutenberga do kotów zmodyfikowanych genetycznie Ewolucja książki: audiobooki z wibracjami, orkiestrami i znanymi aktorami Czy pisarzy zastąpią algorytmy i roboty? Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - WIELKI FINAŁ! Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - prawie koniec! Nieskończona Opowieść - zakończenie i ostatni etap - WYGRAJ nowego HTC One M8! Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - część III Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - rozwiązanie II etapu Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - CZĘŚĆ II Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - rozwiązanie I etapu Nieskończona Opowieść z Jackiem Piekarą - ZACZYNAMY Nieskończona Opowieść - ostatni etap (rozwiązanie) Nieskończona Opowieść z Jackiem Dukajem - ostatni etap! Zaproponuj tytuł i wygraj HTC One Max! Nieskończona Opowieść z Jackiem Dukajem - CAŁOŚĆ OPOWIADANIA Nieskończona opowieść z Jackiem Dukajem - rozwiązanie II etapu